Open your eyes

Open your eyes
There is mirror on the wall...

środa, 2 czerwca 2010

Powrót na stare śmieci.


Właśnie poprzednią wersję tego posta wziął szlag, za co chyba znów spalę adminów BS.
Ostatni post na moim już usuniętym blogu nosił datę 13 stycznia. Stwierdzałem w nim, że moje szczęście zaczyna topnieć. I niewiele się myliłem, rzucając netowy notatnik w niepamięć- sielanka się skończyła wraz z pojawieniem się wątpliwości i poważnych zaburzeń w mym życiu. Następnie długo, długo nic- żyłem w błogostanie, nie przejmując się o swoje uczucia- a niedawno coś się zaczęło. I tak szybko jak się zaczęło, tak szybko zaczyna się kończyć. Uważam się za człowieka spokojnego, nie wdającego się w konflikty. Nie wiem, czemu ludzie, których znam, widzą we mnie zimnego oprawcę, gnoja bez serca i swego wroga? Zrobiłem im coś? Cechujące mnie opanowanie zostało zamienione na brak serca, luźne podejście do życia jako obojętność, a chęć szybkiego łagodzenia sporów jako zapewnianie sobie „świętego spokoju”. Kalejdoskop wizji na mój temat zaskakuje mnie nawet dziś, choć tyle już o sobie słyszałem. Dlaczego, gdy jadę moim wagonikiem życia i dostrzegam światło z końca tunelu, pojawia się ktoś, kto wrzuca do mojego pojazdu granat i ucieka ze swym życiem na inny tor? Nie chodzi tu już o to, czy wybuch mnie boli- chodzi o monotonię jechania ciągle w tunelu. Chciałbym wyjechać do stacji końcowej, wysadzić swój wagonik, albo wypaść z toru, aniżeli tkwić w tych jebanych ciemnościach po wsze czasy. Czy coś dobrego w mym życiu mogłoby zaczepić się w mej egzystencji stalową liną? By gdyby zostało odepchnięte, pozostawałoby zawieszone gdzieś w półświatku, a nie zostawiało ślad wyrwanego bolca w mym sercu? By to, co zwiecie szczęściem, miłością, dobrą passą trzymało się mnie? Nawet na dystans, ale by się trzymało? Poza tym wszystkim… Czy naprawdę ja muszę dźwigać ciężar problemów, które tylko w 50%, a nawet mniej dotyczą mnie? Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina… Nic w tym dziwnego, gdyby nie to, że to nie ja siebie obciążam, ale inni mnie. Wstrzymują się od głosu, dając popis mnie, jakbym był jakąś pierdoloną delficką wieszczką? Znów moja odrębność sprawia problemy- czy powinienem zacząć udawać kogoś kim nie jestem, ale ta osoba jest normalna?
A na koniec myśl dnia- tym razem usłyszana od bsch:
Jak się nie ma co się lubi, to się nie ma i ch*j

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz